Napisane przez  WW
23
Gru
2012

Ewelina

Kawiarnia, restauracja, pensjonat, Galeria Sztuki, prywatne muzeum - co jeszcze może zaoferować kuracjuszom, turystom i mieszkańcom Nałęczowa "Ewelina"?

Kawiarnia, restauracja, pensjonat, Galeria Sztuki, prywatne muzeum - co jeszcze może zaoferować kuracjuszom, turystom i mieszkańcom Nałęczowa "Ewelina"? - pytam właściciela willi Jacka Bartosiewicza.

- Już nic więcej. To wszystko, co pan wymienił. Żeby dobrze obsłużyć to, co jest, trzeba się nieźle nabiegać. Wspólnie z małżonką pracujemy tu już od 13 lat, od kiedy moja mama zachorowała w 1999 roku. Staramy się utrzymać firmę na dotychczasowym, dobrym poziomie. Jak widać, mimo szalonej konkurencji, stara "Ewelina" trzyma się dobrze.

Jakie były początki firmy?

- Trudno ustalić początek jej funkcjonowania. Możemy przyjąć rok, od kiedy zaczęła funkcjonować restauracja - będzie to wtedy rok 1993 albo kawiarnia - 1979 rok, albo pensjonat - to rok 1961. Przed wojną budynek należał do Żydów, którzy prowadzili w nim pensjonat. A jeśli sięgniemy głębiej, to w latach 1900 - 1910 mieszkał tutaj Bolesław Prus, zarówno w willi pod Matką Boską, jak i w domku w ogrodzie. Tak więc praktycznie willa pełni rolę pensjonatu od początku XX wieku.

Budynek ten zbudował przedsiębiorca warszawski Edmund Raciborski w 1882 roku. Miał on swoją szwalnię, cegielnię, garbarnię. Dzisiaj nazwalibyśmy go biznesmenem. Następnym właścicielem był pułkownik wojsk carskich Syriusz Bielski - prawosławny. Ale niedługo, bo przegrał go w karty i willa stała się własnością obywatela ziemskiego z Wołynia - Mochlińskiego. Mój ojciec odkupił tę willę od syna owego Mochlińskiego w 1959 roku. Rodzina Bartosiewiczów jest więc czwartym z kolei właścicielem - i jak dotąd najdłużej, bo już 53 lata - ponad pół wieku. Całe dwa pokolenia. A był to pierwszy w Nałęczowie budynek skanalizowany. W ogrodzie mamy jeszcze stare szambo - to też zabytek!

Wróćmy do rodziny Bartosiewiczów. Pański tato był marynarzem, lekarzem?

- Lekarzem, a marynarzem z przymusu. Zaczął studia medyczne w Warszawie, ale w 1939 r. we wrześniu, przez Rumunię, trafił do Francji. Później, po inwazji niemieckiej na Francję w 1940 r. przez Pireneje przeszedł do Hiszpanii. Tam został internowany. Kiedy w 1943 roku Franco zorientował się, że szala zwycięstwa przechyla się na stronę aliantów - zwolnił internowanych i ojciec znalazł się w Anglii. Tam dokończył studia medyczne w Edynburgu i jako lekarz został zaokrętowany na statku "Garland" H37. Pływał na nim do 1947 roku pod polską banderą. Tę banderę mam jeszcze wśród pamiątek po ojcu.

Podczas podróży po całym świecie pana tato gromadził różne pamiątki...

- Tak. Szczególnie pasjonowała go tzw. biała broń. A ponieważ miał pochodzenie robotniczo-chłopskie (jego mama, a moja babka była krawcową), jako nowobogacki, musiał zadbać o swoją pozycję. A więc wykształcenie plus pałac, plus majętność umożliwiły mu to.
Ze zbiorów ojca niewiele pozostało. Część została skradziona w 1991 roku. Do tej pory nic nie odzyskano. Ale w tzw. czasach słusznie minionych było to jedyne w Polsce prywatne muzeum. Przez pewien czas funkcjonowało wspólnie z Milicją Obywatelską.

Powodowało to trochę komiczną sytuację, bowiem na pytanie o posterunek milicji nałęczowianie kierowali pytającego pod Matkę Boską! Przy posterunku funkcjonował też areszt. Zachował się jeszcze pokój, gdzie przetrzymywano ludzi. Ojciec więc kupił tę willę z całym inwentarzem. Milicja wyprowadziła się na ul. Kościuszki dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

I wtedy można było uruchomić kawiarnię?

- Kawiarnia ruszyła dopiero we wrześniu 1979 roku. Wtedy wszystko było na kartki. Ale, dzięki przychylności władz miejskich, nie brakowało podstawowych rzeczy. Nawet cukier był na stolikach, mimo reglamentacji! Starzy klienci wspominają dobrze te trudne początki, nawet w czasach stanu wojennego.

W dużej mierze zawdzięczać to należy Pańskiej mamie - Ewelinie! Jej kultura, urok osobisty sprawiały, że nie było dla niej sprawy nie do załatwienia.

- Tak. To trzeba przyznać. Mama miała bardzo szerokie kontakty. Bywało tutaj wiele prominentnych osób, wybitnych ludzi. Kronika prowadzona od 1961 roku zawiera wpisy między innymi Ewy Szelburg- -Zarembiny, Andrzeja Wajdy, Czesława Miłosza, Jacka Woszczerowicza, Janusza Rychlewskiego, prof. Pniewskiego, Beaty Kozidrak, Ryszarda Kapuścińskiego, Wiliama Whartona. Długo by jeszcze można wymieniać!

A jak funkcjonuje Galeria Sztuki?

- Galeria Sztuki to tylko dodatek. Z tego nie ma żadnego dochodu, ale po prostu ona musi być! Teraz, w czasie kryzysu, ludzie nie inwestują w dzieła sztuki. Mają inne potrzeby.

Jak widać na zewnątrz odbywa się remont.

- Budynek ten jest w ciągłym remoncie. Od kiedy kupił go ojciec, mama, a teraz ja z małżonką - ciągle remontujemy. Aby taki budynek całkowicie wyremontować, trzeba wysiłku trzech pokoleń, więc nasi synowie będą mieli szansę kończyć dzieło. Konserwator zabytków nie pomaga nic. Raz dostaliśmy dotację 30 tys. zł., tymczasem nowe wejście kosztowało 48,5 tys. , jedno okno, przez które teraz patrzymy - 5 tys., a takich okien na parterze jest 9!

Czy fundusze unijne nie mogą pomóc?

- Starałem się, ale specjalistom od funduszy trudno jest zrozumieć potrzebę prowadzenia działalności gospodarczej w zabytkowym wnętrzu. Więc skoro oni się poddali - to ja tym bardziej. Ale dzięki temu mogę powiedzieć, że cały remont jest robiony przez Polaków, własnymi siłami. Naród - sobie! Ja nie mam magnackiego pochodzenia. Żyję z tego, co przyniosą ludzie.

Ile osób Pan tutaj zatrudnia?

- Osiem. Większość jest na umowie o pracę, jedna na umowę zlecenie. Samego ZUS-u odprowadzam 4 tys. zł miesięcznie. W lecie to jeszcze można wypracować, ale musimy odkładać na zimę! I praktycznie od listopada do Wielkanocy korzystamy z letnich oszczędności. I tak jest od zawsze.

Wracając pamięcią do lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku widać, ile zabytków "padło". Malwa, Aurelia, Dwór Górskich, dom Szelburg-Zarembiny, Stara Gmina, Gwizdanówka - to są wszystko byłe zabytki. Nałęczów nie stoi SPA. Nałęczów stoi historią końca XIX i początku XX wieku. Wtedy osiedlali się tutaj ludzie i tworzyli to "Coś"! Rzecz polega teraz na tym, by to "Coś" uwypuklić, a nie doprowadzać do ruiny. Martwi mnie też, że władze nie mają programu ratowania "tamtego Nałęczowa", prawdziwego. A wystarczyłoby, żeby np. Bank Spółdzielczy dawał pożyczki na ratowanie zabytków na 100 lat, a odsetki płaciła Gmina. Ten zabytek nie jest własnością tylko moją. To jest dziedzictwo narodowe. Zabytki nieremontowane są tracone. To jest strata kultury narodowej.

Jakie macie państwo najbliższe plany?

- Zostawić budynek w lepszym stanie, niż otrzymaliśmy go od rodziców. Ale największym naszym zmartwieniem jest planowana na sąsiedniej posesji klinika okulistyczna. Jest tam dom, który nowi właściciele chcą rozbudować wzwyż. Boimy się, że przesłoni on willę pod Matką Boską. Na taką rozbudowę zgodziły się już władze miejscowe oraz konserwator zabytków. Odwołałem się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale odpowiedzi jeszcze nie otrzymałem. Panu burmistrzowi proponowałem, żeby na klinikę okulistyczną wyznaczył inną działkę, a tę ja bym wykupił z przeznaczeniem na ogród. Bo tak kiedyś było - te dwie działki stanowiły jedną posesję, która w 1959 roku została podzielona z naruszeniem wszelkich norm. Granicę ustalono w odległości 2 m od tego budynku, a minimum wtedy wynosiło 5 m. Nie chce mi się wierzyć, że 37-milionowego społeczeństwa nie stać, by ta działka wróciła do zabytku. A willa pod Matką Boską jest zabytkiem i należy do dziedzictwa narodowego!

Wspiera nas wielu ludzi: prof. Maria Szyszkowska, kustosz Stefan Butryn, były naczelnik Nałęczowa Leon Ginalski, a także stali bywalcy. Niektórzy są już drugim pokoleniem odwiedzającym "Ewelinę". Obok "Pałacowej", "Niezapominajki" (już nieistniejącej), należymy do najstarszych kawiarni Nałęczowa. I mimo trudności, ku zadowoleniu klientów trwamy dalej. Przetrwaliśmy stan wojenny, to i "zieloną wyspę" też przetrwamy!

autor: Witold Wierzejski
(1 głos)