Napisane przez  MK
22
Lut
2004

Wspomnienia Czesława Sołdka ps. "Biały" - lata 1941 - 42 (2)

5-ego listopada 1941 roku, przyjechał do naszego domu w Kolonii Nałęczów, Komendant Obwodu Puławskiego BCH z Komendantem Oddziałów Specjalnych Batalionów Chłopskich (ps. Walter). Odbyło się wtedy uroczyste zebranie, na które przybyli okoliczni partyzanci oraz znajomi gospodarze wraz z synami. Był to dzień składania przysięgi. Przejęty i pełen wzniosłych emocji przyrzekałem wraz z innymi, wiernie służyć ojczyźnie w szeregach armii podziemnej. Przyrzekałem dochować tajemnicy, nie zdradzić, walczyć z okupantem wszelkimi dostępnymi metodami do ostatniej "kropli krwi" a w razie potrzeby poświęcić swe życie w walce o wyzwolenie kraju... Zostałem członkiem BCH.


   Pewnego dnia Niemcy zażądali od nas parokonnej podwody. Zgłosiłem się w wyznaczonym terminie przed sanatorium nr 1 w Nałęczowie, w którym znajdował się niemiecki szpital wojskowy. Kazano mi wyprząc konie od mojego wozu i zaprząc je do eleganckiej bryczki, którą jak sie później okazało miałem wozić dwóch ubranych w białe fartuchy Niemców. Byli oni zapewne ważni bowiem towarzyszyło im kilku uzbrojonych esesmanów w charakterze obstawy. Czasem zadawali mi pytania. Interesował ich wygląd i lokacja przedwojennego parkowego źródła. Niedługo potem Niemcy postawili w tym miejscu małą fabrykę wody mineralnej (Woda mineralna produkowana w czasie wojny w Nałęczowie, była wysyłana jako zaopatrzenie dla wielu niemieckich żołnierzy, miedzy innymi dla sławnego "Africa Korps" walczącego w Afryce - przypisek M.K ). Szczególne zainteresowanie wzbudził w nich Charz "B" oraz tzw. Łysa Góra. Długo obserwowali teren za pomocą lornetek głośno dyskutując i gestykulując. Gdy wróciłem do domu natychmiast zdałem raport z tego co zaobserwowałem. Jak później się dowiedziałem Niemcy na "Łysej Górze" planowali budowę wyrzutni rakietowej.

   Mój starszy o sześć lat brat Tadeusz (ps. Zawierucha) został niebawem Komendantem Nałęczowskiego Ruchu Oporu. Nasz dom stał sie głównym punktem kontaktowym i miejscem do którego docierały rozkazy oraz prasa podziemna. Takie przesyłki należało przekazać do następnych punktów kontaktowych w Bochotnicy, Strzelcach, Kocianowie i Wąwolnicy. Przenoszenie tej korespondencji i prasy było jednym z moich obowiązków. Najczęściej nosiłem "papiery" na trasie do Kocianowa. Moim zmiennikiem na trasie był Edward Zielonka (ps. Jaskółka), lecz gdy nie zastawałem go w domu musiałem zanieść przesyłkę do punktu kontaktowego w odległym Kocianowie, do domu Stanisława Siedliskiego (ps. Skiba).    Dzień po zakończeniu żniw Niemcy rozkazali mi stawić się wieczorem wraz z końmi i wozem pod remizę w Sadurkach. Na wyznaczonym miejscu zobaczyłem 40 podobnych zaprzęgów. Kazano nam czekać całą noc. Tuż przed wschodem słońca Niemieccy żołnierze rozbiegli się po wsi w poszukiwaniu zboża. Zaczęły się konfiskaty. Tych chłopów, którzy chcieli bronić swojego dobra bito i katowano. Na nasze furmanki natomiast załadowywano zrabowane plony. Wkrótce uformowano z nas konwój i nakazano jechać na stację kolejową w Sadurkach. Przez całą drogę byliśmy pilnowani przez żołnierzy jadących na koniach. Moje konie były młode i płochliwe, Niemcy natomiast ciągle na nas wrzeszczeli. Spłoszyli tym mój zaprzęg i przez to uderzyłem dyszlem w worki leżące na wozie jadącym przede mną, zboże posypało się na ziemię. Niemiec jadący koło mnie natychmiast podjechał do mnie i wlepił mi parę "haropów" po plecach. Zostałem też przeniesiony na koniec kolumny. Na stacji podstawiono wagon, który został szybko zapełniony. Pozostałe nie rozładowane wozy (w tym i mój) odesłano do stacji Nałęczów. Tamtejszy wagon był już jednak prawie pełen wiec odesłano nas do magazynu zbożowego w majątku Drzewce. Jechałem możliwe najwolniej zostając coraz bardziej w tyle i gdy tylko kolumna znikła za zakrętem, skręciłem w przeciwna stronę i uciekłem z pełnym zboża wozem. Swoją zdobycz (ponad tonę zboża) zawiozłem do członka ruchu oporu Jana Jabłońskiego. Później jeszcze wielokrotnie jeździłem na podobne podwody z Niemcami, którzy nawet nie domyślali się, że tym samym wozem woziłem również partyzantów.

Pamiętam, że leżąc w barłogu na deskach mej furmanki, często recytowali oni strofy wiersza:
"Byłaś dla nas radością i dumą,
jak stal pełna, jak żywioł surowa
ustom - pieśnią, sercu - krwawą łuną,
Armio Krajowa ...."


(opracował Michał Kowalczyk)
(0 głosów)